Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 4 sierpnia 2016

PRZEGRANA WOJNA – (2) TERAPIA


Warunkiem zastosowania adekwatnych środków jest prawidłowa diagnoza. Ponieważ władze III RP nie są zdolne do rozpoznania zagrożeń wewnętrznych i próbują je tłumaczyć logiką „mechanizmów demokracji”, nie należy spodziewać się podjęcia skutecznej terapii.
W realiach państwa owładniętego mitologią demokracji nie sposób oczekiwać, że środowiska nazywane dziś „opozycją”, będą potraktowane jako dywersanci lub określone mianem politycznej agentury wpływu. Tym większą naiwnością byłoby sądzić, że ośrodki wrogiej propagandy (nazywane mediami prywatnymi), w których tak chętnie brylują politycy PiS i urzędnicy prezydenta, zostaną zlikwidowane bądź poddane jakimkolwiek ograniczeniom.
Świadomość takiego stanu sprawia, że proponowane poniżej rozwiązania mają wyłącznie walor teoretyczny i nie znajdą zastosowania w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wskazuję je, jako przyczynek do dyskusji nad rzeczywistymi zagrożeniami, mając nadzieję, że doczekamy się kiedyś rządu, który odrzuci antypolskie dogmaty mitologii III RP i przywróci Polakom poczucie bezpieczeństwa.

Za pierwszy i nieodzowny warunek walki z zagrożeniami wewnętrznymi uważam przeprowadzenie wielowątkowej terapii językowej - semantycznej. Chodzi o odbudowę podstawowego systemu pojęć zniszczonych lub zdewaluowanych w okresie okupacji komunistycznej i trzech dekad pseudo państwowości III RP.
W życiu publicznym (w świadomości społecznej) trzeba przywrócić znaczenie słowom definiującym zagrożenia i opisującym stan rzeczywisty. Określenia „zdrada”, „dywersja”, „dezinformacja”, „wojna informacyjna”, „wroga propaganda”, „operacja wojny hybrydowej” itp. - muszą być sprecyzowane na nowo i włączone do języka publicznego (ustawy, regulacje prawne, przekaz medialny). Trzeba zaprzestać traktowania ich jako niewygodnych, a często „kontrowersyjnych” epitetów i przyjąć, że opisują autentyczne zachowania. Należy stosować je w odniesieniu do działań przedstawicieli partii politycznych i mediów i używać adekwatnie do obszaru zagrożeń. Penalizacja tych czynów powinna skutkować wprowadzeniem dotkliwych kar pozbawienia wolności, ograniczenia lub zakazu działalności poszczególnych partii politycznych i ośrodków medialnych.
Bez przeprowadzenia takiej operacji, nie ma mowy o zrozumieniu istoty zagrożeń związanych z wojną hybrydową i działaniem politycznej agentury wpływu. Ponieważ wymaga to rozstania z miazmatami poprawności politycznej i rezygnacji z języka dogmatyki III RP, jest to zadanie niewykonalne dla obecnych elit politycznych.
W tym samym obszarze działań, znajduje się postulat sporządzenia nowej strategii bezpieczeństwa narodowego, odpowiadającej skali obecnych zagrożeń.
Chyba niewiele osób ma świadomość, że obowiązująca dziś strategia powstała w roku 2014, pod kierunkiem byłego szefa BBN Stanisława Kozieja i stanowi zbiór tyleż jałowych, jak błędnych ogólników, nazwanych szumnie „strategią Komorowskiego”.  Również widniejąca na dzisiejszej stronie BBN, tzw. Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego, jest dokumentem z roku 2013, w którym nie tylko nie uwzględnia się skali współczesnych zagrożeń, ale bezpieczeństwo Polski uzależnia od ułożenia „partnerskich stosunków” z Rosją – „Pozytywne znaczenie dla wzmocnienia pozycji Polski miałoby partnerskie ułożenie stosunków z Rosją, a nawet przełom we wzajemnych relacjach, przy założeniu odejścia Rosji od mocarstwowej polityki wobec swoich sąsiadów oraz obrania drogi ku zwiększonej demokratyzacji.” – czytamy w tym sztandarowym dziele.
Z kolei, w innym ze „strategicznych” dokumentów, tzw. Strategii Rozwoju Systemu Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczpospolitej Polskiej 2022,  z kwietnia 2013 r. stwierdzono, iż - „W  horyzoncie  obowiązywania  strategii  prawdopodobieństwo  konwencjonalnej  agresji  zbrojnej na Polskę jest niewielkie”. Politykę obronną państwa miała potwierdzać „społeczna percepcja bezpieczeństwa narodowego”, w której wiodące było założenie, iż „większa  grupa  Polaków  bardziej  ceni  sobie  utrzymanie  dobrych  relacji  z Rosją niż bliską współpracę z krajami dawnego ZSRR”. Koncepcje powstałe w ramach tzw. SPBN (Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego) w latach 2010-2013, mimo ich rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały groźną, fundamentalną myśl - współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszej stabilności i bezpieczeństwa.
We wszystkich tego typu dokumentach próżno szukać terminów „wojna hybrydowa”, „dezinformacja” czy „dywersja”. Nie zostały tam zdefiniowane żadne ze współczesnych zagrożeń, zaś  prymat ideologii „pojednania polsko-rosyjskiego” nad interesem państwa, czyni z owych strategii dzieła całkowicie bezużyteczne.
Obecność takich dokumentów w systemie bezpieczeństwa państwa (są one definiowane jako narodowe akty prawne i dokumenty strategiczne), jest wyrazem kontynuacji polityki Bronisława Komorowskiego i stanowi poważne, realne zagrożenie. To na ich podstawie są sporządzane poszczególne ustawy i rozporządzenia regulujące kwestie bezpieczeństwa.
Obowiązek przygotowania nowej doktryny należałoby powierzyć ludziom całkowicie niezależnym od wpływów środowiska tzw. ekspertów bezpieczeństwa, w którym dominują ludzie służb komunistycznych i ich agenci. Ponieważ tego obowiązku nie jest w stanie udźwignąć obecne kierownictwo  Biura Bezpieczeństwa Narodowego, zaś prezydent Andrzej Duda nie wykazuje żadnych inicjatyw w sprawach strategicznych dla Polski,  jedyną instytucją zdolną do likwidacji „strategii Komorowskiego” wydaje się MON. Tylko tam może powstać zespół naukowy inicjujący prace nad polską strategią narodową.
Kolejny krok, to  stworzenie specjalnej grupy ekspertów, naukowców, dziennikarzy i ludzi służb specjalnych, przeznaczonej do walki z dezinformacją i wrogą propagandą. Już samo zdefiniowanie i rozróżnienie tych pojęć jest niemałym problemem dla większości tzw. specjalistów od spraw bezpieczeństwa.
Tym większa trudność polega na wskazaniu materiałów (publikacji, wypowiedzi, audycji radiowo-telewizyjnych) zawierających niebezpieczne treści oraz znalezieniu i zneutralizowaniu rzeczywistych mocodawców i  źródeł wrogich działań.
Wymaga to m.in. całodobowego monitoringu wszelkich mediów, portali społecznościowych i stron internetowych oraz podejmowania natychmiastowych reakcji. Ich zakres winien oscylować między zamieszczaniem sprostowań i wyjaśnień, a całkowitą blokadą treści szczególnie groźnych. Grupa specjalna, działająca na zasadach instytucji państwowej, prowadziłaby również szkolenia urzędników i polityków mających kontakt z mediami. Chodzi o instruktaż przekazywania informacji istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, o ostrzeganie przed możliwością manipulacji wypowiedzi oraz prawo do zakazywania występów we wrogich ośrodkach propagandy. 
Ta kwestia winna być rygorystycznie przestrzegana. Państwo ma obowiązek odmawiać uczestnictwa przedstawicieli rządu i wyższych urzędników państwowych w audycjach i programach telewizyjnych, które szerzą antypolską propagandę oraz nie wyrażać zgody na udzielanie informacji wrogim rozgłośniom i gazetom wydawanym przez obce koncerny.
Działanie to ma również wymiar prewencyjny i edukacyjny. Póki politycy PiS będą brylowali w różnych TVN-ach i Polsatach, nikt nie przekona Polaków, że oglądanie tych telewizji uwłacza istotom rozumnym i nie przysparza wiedzy o rzeczywistości. Tylko osobisty przykład i silna manifestacja postawy bojkotu, mogą wpłynąć na zmianę indywidualnych preferencji i skłonić Polaków do mądrego naśladownictwa.
Ponieważ znaczenie ośrodków medialnych wynika ze wskaźnika tzw. oglądalności, już kilkumiesięczny bojkot może okazać się zabójczy dla największych stacji telewizyjnych i radiowych szerzących wrogą propagandę. Ośrodki te, pozbawione udziału czołowych postaci życia politycznego i odcięte od dostępu do informacji, zostaną skazane na marginalizację.
Grupa specjalna powinna też reagować na wszystkie przypadki rezonowania dezinformacji i propagandy (powszechne w tzw. wolnych mediach) oraz posiadać uprawnienia do występowania o likwidację lub ograniczanie działalności poszczególnych gazet, stacji radiowo-telewizyjnych, portali internetowych.
Podobną  jednostkę (o kompetencjach ograniczonych do nadzoru i monitoringu) utworzył już rząd Republiki Czeskiej, w odpowiedzi na rosyjskie kampanie dezinformacyjne. Pracują w niej specjaliści z wielu dziedzin (m.in. informatycy, fachowcy od public relations, naukowcy). Rząd Czech oczekuje, że działalność jednostki zwiększy stopień bezpieczeństwa państwa i korzystnie wpłynie na proces informowania społeczeństwa. W takich działaniach upatruje się sposób na zminimalizowanie wpływów Rosji.
Ta kwestia ma najistotniejsze znaczenie, ponieważ największym potencjałem państwa Putina nie są siły zbrojne lecz ekspansywna sieć intryg i dezinformacji oplatająca współczesny świat. Podobnie - interesy innych państw, często wrogich wobec Polski, są dziś realizowane przy udziale ośrodków medialnych lub akcji inspirowanych przez polityczną agenturę wpływu.   Rozgrywanie wielowątkowych kombinacji operacyjnych odbywa się zatem na poziomie publikacji medialnych oraz przy współudziale rozmaitych „ekspertów”, postaci życia publicznego i przedstawicieli partii politycznych.
Państwo, które realnie dba o bezpieczeństwo swoich obywateli, nie może udawać, że rozpowszechnianie na arenie międzynarodowej fałszywych informacji o wewnętrznych sprawach Polski, jest „naturalnym prawem opozycji” i winno podlegać wyłącznie ocenom politycznym. Tu (w wielu przypadkach) adekwatny byłby zarzut zdrady dyplomatycznej lub uczestnictwa w wojnie informacyjnej, jako elemencie akcji hybrydowej. Takie działania muszą znaleźć się w centrum uwagi służb bezpieczeństwa, a ich inspiratorzy i wykonawcy powinni być objęci stałą „opieką” kontrwywiadu.
Nie wolno utrzymywać, że celowe wywoływanie poczucia zagrożenia lub dążenie do destabilizacji, poprzez wypowiedzi o „postępującej militaryzacji”, „łamaniu demokracji” czy „aresztach politycznych”, mieszczą się w ramach demokracji III RP. Takie przypadki winny być klasyfikowane jako działania dywersyjne lub dezinformujące. Najnowszy przykład ordynarnej prowokacji – fabrykowania fałszywych dowodów i podrzucania policjantom butelek po piwie przez tzw. dziennikarzy TVN, nie jest objawem „walki politycznej” lecz wyrazem znacznie groźniejszych procesów. Tam, gdzie tzw. politycy opozycji miotają najcięższe obelgi i oskarżenia pod adresem organów państwa lub rozpowszechniają oszczercze insynuacje na temat rzekomych zagrożeń, jest miejsce na stawianie zarzutów zdrady, dywersji lub świadomego uczestnictwa w operacjach dezinformacyjnych. W takich działaniach trzeba doszukiwać się inspiracji wrogich Polsce ośrodków i traktować je jako przygotowania do przeprowadzenia poważniejszych akcji w ramach wojny hybrydowej.
Najważniejszym czynnikiem obrony przed zagrożeniami wewnętrznymi jest zatem zablokowanie (lub znaczące ograniczenie) oddziaływania wrogich ośrodków. Dziś nie wydaje się to możliwe.
W teorii dezinformacji stosuje się pojęcie „pudeł rezonansowych”, jako przekaźników wrogich lub szkodliwych treści.  Zadaniem „pudeł” jest (nawet nieświadome) wytwarzanie "szumu medialnego" oraz uczestnictwo w powielaniu (rezonowaniu) treści zawierających dezinformację. Identyczną rolę „pudła rezonansowe” spełniają w przypadku rozpowszechniania wrogiej propagandy.
Ponieważ  dezinformacja okazuje się szczególnie przydatna wśród społeczeństw uzależnionych od przekazu medialnego i powszechnego, bezkrytycznego przyjmowania dziennikarskich relacji, ten rodzaj ataku bywa najchętniej stosowany w III RP.
Na czym polega istota dezinformacji? O ile, w normalnym przekazie informacja zawiera opis faktu (wydarzenia), o tyle w przypadku dezinformacji mamy zależność odwrotną – to sama informacja ma tworzyć wydarzenie (fakt) w świadomości atakowanego społeczeństwa. Dlatego w rosyjskiej (ale nie tylko) koncepcji sprawowania władzy, dezinformacja zajmuje miejsce wyższe niż siła militarna, a w przypadku tajnych operacji okazuje się wręcz niezastąpiona. Dezinformacja opiera się na błędach przeciwnika i przyswojonych przez niego stereotypach myślenia.  Z nich czerpie siłę i inspirację. Po to, by podstęp był wiarygodny i skuteczny, musi zatem jak najpełniej odpowiadać oczekiwaniom tych, którzy mają być przezeń oszukani. Przykład – rozpowszechnianie alarmujących informacji o zbrojeniach rosyjskich i odbudowie potencjału militarnego państwa Putina, jest tezą rosyjskiej strategii podstępu i dezinformacji, mającej wywołać przeświadczenie o sile militarnej Rosji oraz efekt zastraszenia społeczeństw Zachodu i zniechęcenia ich do oporu.
Identyczny schemat stosuje polityczna agentura wpływu oraz ośrodki wrogiej propagandy działające na obszarze III RP. Głoszenie katastrofalnych wizji i prognoz dla Polski, nagłaśnianie rzekomych aktów bezprawia lub groźnie brzmiących zarzutów „niszczenia demokracji”, stanowi element akcji dezinformacyjnych i wpisuje się w plany wojny hybrydowej. Tego typu akcje mają na celu wywołanie błędnych i fałszywych wyobrażeń o sytuacji wewnętrznej, sprowokowanie niepokojów społecznych i zastraszenie społeczeństwa oraz destabilizację pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Poddane takim akcjom społeczeństwo staje się łatwym obiektem ataku i jest podatne na „sugestie” wroga.
Niezrozumienie – czym jest dezinformacja i jakie stawia sobie cele, jest dziś tak powszechnym zjawiskiem, że obejmuje całe „środowisko patriotyczne” (z PiS-em na czele) oraz wszystkie media związane z tym środowiskiem. Efektem tego niezrozumienia jest przyjęcie przez tzw. wolne media roli „pudeł rezonansowych” i współuczestnictwo w akcjach dezinformacyjnych. Najważniejsze portale internetowe (niezalezna.pl, wPolityce, telewizjarepublika.pl) w ogromnej części swojego przekazu rezonują treści pochodzące z „zatrutego źródła” i są głównymi przekaźnikami dezinformacji. Identycznie postępuje publiczne radio i telewizja, w których, pod płaszczem „pluralizmu informacyjnego” przekazuje się niemal wszystkie tezy obcej propagandy i groźnych dezinformacji. W tych miejscach (związanych ściśle z grupą rządzącą)  można znaleźć szereg wypowiedzi przedstawicieli „opozycji”, słowa rozmaitych „celebrytów” i szemranych „ekspertów” czy odniesienia do publikacji wrogich ośrodków medialnych. Stanowią one podstawę przekazu i są nachalnie narzucane odbiorcy.
Taka sytuacja oznacza, że decydenci owych „wolnych mediów” nie mają pojęcia o strategii dezinformacji i stają się uczestnikami antypolskich operacji medialnych. Nie rozumieją bowiem, że w dezinformacji chodzi wyłącznie o jeden cel – o upublicznienie i utrwalenie przekazu. Jest ona niczym wirus, atakujący wszędzie tam, gdzie znajduje dostęp i sprzyjające warunki. Celom dezinformacji nigdy nie zaszkodzi jakakolwiek „polemika” ani najbardziej krytyczna ocena. Zostają osiągnięte, gdy dotrą do świadomości odbiorców i z czasem wywołają pożądane odczucia i reakcje. Wystarczy zatem, że tezy dezinformacji będą udostępnione odbiorcy – nieważne, w jakiej formie i przez kogo.
Decydenci owych mediów oraz politycy PiS nie rozumieją, jak istotna różnica dzieli propagandę od dezinformacji. W przypadku tej pierwszej obowiązuje prosta zasada „kłamcie, kłamcie, zawsze coś z tego zostanie”. W przypadku dezinformacji, zasada mówi -„perorujcie, perorujcie, w końcu odpowiednio do tego postąpicie". Odbiorca, po raz setny karmiony tezą o „rosyjskiej potędze militarnej”, zaczyna z czasem odczuwać lęk na samą myśl o zbrojnej konfrontacji z państwem Putina i wyobraża sobie, że w starciu z taką „potęgą” Polska nie ma najmniejszych szans. Ten zaś, któremu tzw. politycy opozycji sugerują ciągły stan wojny i zamętu, straszą „państwem policyjnym” i „polityką represji”, szybko zaczyna  marzyć o błogim „spokoju” i „normalizacji” opartej na statusie niewolnika.
 Dlatego elementem dezinformacji jest nie tylko „szum medialny”, sprzeczne i wykluczające się przekazy ale przede wszystkim uporczywie powtarzane twierdzenia, narzucane odbiorcy mocą medialnych "autorytetów" i pracą rezonatorów. W efekcie tego rezonansu, odbiorca-przeciwnik zostaje zmuszony do przyswojenia „tematu przewodniego” i budowania własnej, fałszywej narracji. On sam zaczyna wierzyć w to, w co miał uwierzyć, a umacniając błędne przeświadczenia na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej czy społecznej, działa na własną zgubę.
Z tego powodu, odgrywanie przez TVP, PR i tzw. niezależne media roli „pudeł rezonansowych”, jest jednym z najpoważniejszych zagrożeń w czasie ekspansji obcych wpływów i wrogiej agentury. Nie ma tu prostych i łatwych rozwiązań. Obecna praktyka współuczestnictwa w operacjach medialnych, opiera się bowiem nie tylko na niewiedzy czy głupocie dziennikarzy i decydentów tych mediów, ale wynika ze specyfiki całego środowiska medialnego III RP, w którym więzy towarzyskie i finansowe odgrywają wiodącą rolę.
Specjalna grupa do walki z dezinformacją i propagandą powinna zatem posiadać uprawnienia również w zakresie zakazu rozpowszechniania określonych treści oraz prawo ograniczania (likwidacji) tych „wolnych mediów”, które chętnie szerzą obcą propagandę i dezinformację.  
Należałoby dążyć do utrwalenia w społeczeństwie jedynej, racjonalnej postawy – odrzucenia w całości antypolskiego przekazu i traktowania go w kategoriach simulacrum –informacji symulowanych, dezinformacyjnych. Nawet najbardziej złożona operacja wrogich sił nie ma szans powodzenia, jeśli  nie znajduje dostępu do umysłów i odczuć osób atakowanych. Tylko taka postawa uwzględniałaby obecny poziom zagrożenia wewnętrznego i świadczyła o dojrzałości polskiego społeczeństwa.
Ponieważ wymaga to mocnego zaangażowania państwa i reakcji polityków odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli, nie jest ona osiągalna w realiach III RP. Dlatego cytowane na wstępie tego cyklu słowa Ronalda Reagana – „Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy”, staną się ostatecznym mementum dla obecnej klasy politycznej i zdecydują o przegranej wojnie.


 
PRZEGRANA WOJNA – (1) DIAGNOZA

środa, 6 lipca 2016

PRZEGRANA WOJNA – (1) DIAGNOZA

Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy” – Ronald Reagan.

Żadne gwarancje NATO nie zapewnią nam bezpieczeństwa, jeśli sami nie usuniemy zagrożeń wewnętrznych i nie uwolnimy się od obcych wpływów. Obecność około tysiąca żołnierzy „batalionowej grupy bojowej”, będzie z pewnością ważnym uzupełnieniem architektury naszego bezpieczeństwa, ale w żaden sposób nie chroni nas przed niebezpieczeństwem związanym z wojną informacyjną i hybrydową. Nie oczekujmy również, że pobyt amerykańskich żołnierzy wpłynie na zmniejszenie aktywności obcej agentury lub oddali groźbę antypolskich działań politycznej agentury wpływu.
„Problem bezpieczeństwa państwa nie sprowadza się do tajemnic wojskowych, do walk wywiadów i kontrwywiadów, ochrony granicy państwa, jego sieci telekomunikacyjnych, gotowości bojowej wojska i innych kwestii tego rodzaju. Powiedziałbym nawet, iż w aktualnej sytuacji sprawy te - choć oczywiście ważne - nie są pierwszoplanowe. Taki charakter mają natomiast liczne kwestie związane ze sprawnością całości mechanizmu państwowego: płynność podejmowania decyzji, stopień podatności służb państwowych na korupcję i rozmaitego rodzaju inspiracje (np. w zakresie tworzenia prawa) ze strony sił obcych, sprawność aparatu ścigania, stopień podatności instytucji finansowych państwa na zakłócenia mogące zdestabilizować np. płynność obiegu pieniądza, warunki wiarygodności instytucji państwa na forum międzynarodowym i sporo innych zagadnień” - pisał przed ponad 20 laty prof. Andrzej Zybertowicz w książce -„W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy”.
Z tej trafnej diagnozy wynika, że kwestii bezpieczeństwa państwa nie można sprowadzać wyłącznie do powiększania potencjału militarnego. Trzeba spojrzeć na nie z perspektywy funkcjonalności całego mechanizmu państwowego, a szczególnie tych procesów, które zabezpieczają nas przed skutkami związanymi z zagrożeniem wewnętrznym. W tych sprawach możemy liczyć wyłącznie na własne siły.
Z wypowiedzi przedstawicieli NATO oraz deklaracji polskich polityków wynika, że gwarancja naszego bezpieczeństwa ma być oparta na efekcie odstraszania potencjalnych agresorów. Koncepcja odstraszania powinna zatem obejmować również obszar polityki wewnętrznej państwa, jego zdolności do reagowania na zagrożenia polityczne, informacyjne czy ekonomiczne.
To potrzeba tym ważniejsza, że w chwili obecnej istnieje niewielkie prawdopodobieństwo ataku militarnego na cele znajdujące się na naszym terytorium. Znacznie większym zagrożeniem wydaje się  możliwość uderzenia hybrydowego o charakterze niemilitarnym (działania ofensywne w cyberprzestrzeni, presja ekonomiczna, wielokierunkowe działania  dyplomatyczne) oraz groźba przeprowadzenia akcji terrorystycznych i operacji dezinformacyjnych. Równie poważne zagrożenie stwarzają próby destabilizacji sytuacji politycznej i ekonomicznej, kombinacje operacyjne wymierzone w strategiczne cele państwa, dywersja polityczna oraz działalność wrogich ośrodków propagandy.
Konflikty hybrydowe na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie pokazały, jak ważną rolę odgrywa w nich umiejętnie zorganizowana propaganda. Do operacji służących oddziaływaniu psychologicznemu, dywersji ideologicznej i politycznej, Rosjanie wykorzystali  tam tajne i jawne kanały służb specjalnych, dyplomatycznych i medialnych, ze szczególnym uwzględnieniem ośrodków ulokowanych wewnątrz zaatakowanych państw. Dla przykładu – aneksję Krymu poprzedziła zmasowana akcja polityczna i propagandowa, przeprowadzona wśród miejscowych elit i środowisk decyzyjnych. Posłużyła ona nie tylko zaktywizowaniu agentury wpływu i zwolenników rosyjskiej obecności, ale wywołaniu poważnego kryzysu politycznego i ekonomicznego. Z kolei rosyjską „misję stabilizacyjną” w Syrii poprzedzono akcją dyplomatyczną i medialną w USA i na Bliskim Wschodzie oraz wywołaniem sterowanej „fali imigracji” zalewającej Europę.

sobota, 25 czerwca 2016

BREXIT A SPRAWA POLSKA

Gdybyśmy mieli klasę polityczną wolną od dogmatyki „georealizmu”, obecna sytuacja zostałaby wykorzystana w polskim interesie i stała się impulsem do odbudowy zdrowych relacji z państwami Europy. Ponieważ od ćwierćwiecza rządzą nami politycy owładnięci mitologią „integracji europejskiej” i utrzymywania „dobrosąsiedzkich relacji” z Niemcami i Rosją, zewsząd dobiega lament nad rzekomo fatalnymi skutkami Brexitu i „osłabienia spoistości” Unii Europejskiej.
Takie sytuacje przypominają, że jednym z polskich nieszczęść jest dominacja niewolniczej klasy politycznej, która od początku ułomnej państwowości III RP próbuje narzucić przeświadczenie, jakoby suwerenność Polski była oparta na „integracji” z państwami europejskimi i zależna od wypracowania „georealitycznego konsensusu” między Rosją i Niemcami. To rozumowanie doprowadziło Polaków do zguby w wieku XVIII, zdecydowało o narzuceniu okupacji sowieckiej w roku 1945 i do dziś niweczy wszelkie próby wybicia na Niepodległość.
Z zażenowaniem, ale bez zaskoczenia przyjmuję lamenty prezydenta Dudy, którego jedyna troska dotyczy dziś  zachowania jedność i spójność” Unii Europejskiej oraz obawy przed „efektem domina, by społeczeństwa kolejnych krajów nie powiedziały, że już nie chcą być członkami europejskiej wspólnoty”.
Z rozbawieniem czytam wypowiedzi R.Czarneckiego -byłego członka Samoobrony i doradcy A.Leppera, a dziś wielce wpływowego polityka PiS, który straszy Polaków katastrofalnymi skutkami Brexitu i opowiada brednie o „prezencie zrobionym Rosji”.
Z obowiązku odnotowuję też mądrości  B.Komorowskiego, w których były lokator Belwederu zachęca rząd do „głębszej integracji” i zachowania „spójności” UE oraz peroruje o „szampanie otwieranym na Kremlu”.
Łatwo dostrzec, że w obliczu takich wydarzeń, cała tzw. klasa polityczna III RP mówi jednym, całkowicie zgodnym głosem. Nie ma różnicy, między biadoleniem Andrzeja Dudy, lamentami Kwaśniewskiego i wywodami poprzedniego lokatora Belwederu.
W takich dniach, nie tylko widać realną wspólnotę establishmentu politycznego III RP, ale prawdziwy charakter tego państwa, zbudowanego na dwóch, szalbierskich dogmatach.
 Pierwszym jest pogląd, jakoby zdradziecka konstrukcja okrągłego stołu była jedyną, na której można budować państwowość. Próba podważenie tego fundamentu jest traktowana niczym herezja i zamach na Polskę. Wywołuje histeryczne oburzenie „elit” i prowadzi do miotania najcięższych oskarżeń.
Drugim łgarstwem jest przeświadczenie, jakoby „integracja” z Unią Europejską była idealną i niezastąpioną formą naszej obecności w Europie, zaś „budowanie dobrosąsiedzkich relacji” z   Rosją i Niemcami obowiązkiem, wynikającym z polskiej racji stanu.
W tej wąskiej doktrynie nie ma miejsca na refleksję historyczną i polityczną, a poglądy sprzeczne z tezami dogmatyków, są a priori odrzucane i negowane.